
co dwie lufy to nie jedna
Na śniadanie kanapki z wątróbką smażoną z cebullą i jabłkiem (na zimno.. ale smażoną na gorąco), kubełek magnezji o smaku grapefruta a w perspektywie plusz aktywator, a może nawet kawa dawno nie pita. Sporo czeka roboty i w szaraki klepania, więc tym samym rozgrzewka.
Christoph'a Waltz'a wyciągłnął z australijskiego czy tam austriackiego kapelusza i wsadził w nazi uniform w "Niesławnych benkartach" Quentin Tarantino. Waltz wyciął hołubca, zgarnął oscara i na dwa lata zniknął. Zniknął by wypłynąć w "Green hornet" jako podtatusiały gangster Chudnofsky, którego nikt nie traktuje poważnie (mimo, że ma pistolet z dwiema lufami!), więc zmienia nazwisko na Bloodnofsky, wkłada szkarłatną marynarkę ze skóry i jest.. mniej więcej tak samo przerażający. Pomijając fakt, że Michael'owi Gondry'emu nie udał się kompletnie remake "Green hornet'a" (malutki żarcik z Bruce'a Lee występującego w starej tv-wersji nie rekompensuje prymitywnego sztubackiego pseudodowcipu całości), naczelny złoczyniec szerszeni wypada blado. Fakt, że świadomie tak jest uszyta ta postać, ale Waltz nie nadaje jej żadnego rysu, równie dobrze mógłby Chudnofsky'ego zagrać Michał Żebrowski. Zobaczymy jakie tango wywinie Waltz dalej - na horyzoncie cyrkowiec w "Wodzie dla słoni" oraz kardynał Richelieu w "Trzech muszkieterach" - czyli raczej standard. W perspektywie rozświetlony gwiazdami "God of carnage" Polańskiego. Pożywiom, uwjidziom - jak mawiają Francuzi..